Dziennik Podróżnika 004

Takie tam z zamierzchłych czasów. Zachowano oryginalną pisownię 🙂

 

 


czas: 19 – 22 luty 2011

trasa: Błotno – Stepnica

dystans: około 52 km


 


 

 

Przygotowania

Szykowanie rozpoczęliśmy na długo przed wymarszem. Trwały w zasadzie przez całą zimę. W chwilach wolnych od zajęć i nauki (wersja oficjalna) obmyślaliśmy plan i przede wszystkim kompletowaliśmy sprzęt. Bywaliśmy już na zimowych biwakach, ale jeszcze nigdy nie musieliśmy robić tak długiej trasy. Poza tym zima w tym roku zaczęła się całkiem ostro. Mrozy po -18 w dzień nakręcały wyobraźnie.

Realia zimy są nieco inne. Punktem pierwszym i najważniejszym stała się ochrona przed zimnem. Ciepłe rękawiczki, czapka i szalik to podstawa. Z nadzieją na wielkie mrozy rozpoczęliśmy kupowanie dodatkowych elementów ubioru. Postanowiłem wypróbować odzież termoaktywną ze znanego serwisu aukcyjnego produkcji bliżej nieokreślonej. Miała ona służyć lepszemu odprowadzaniu wilgoci od skóry. Wszystkim wydaje się, że zimą powinniśmy się po prostu ciepło ubierać. Im więcej tym lepiej. Ale gdy przesadzimy i dodatkowo musimy być aktywni możemy się spocić, a to jest znacznie niebezpieczniejsze. Pot parując odbiera nam ciepło a w najgorszym przypadku może zacząć zamarzać. Górek dodatkowo kupił kamuflaż zimowy.

„Upgradeowi” uległ też ekwipunek typowo biwakowy. Stare poczciwe garnki zostały zamienione na wygodniejsze w użyciu menażki, które można po prostu zawiesić nad ogniskiem. Pałatki również odeszły w kąt. Zastąpić je miała zwykła zielona plandeka o wymiarach 5×3 m. z której mieliśmy budować nasze schronienie. Ja dodatkowo zmieniłem plecak. Nowy jest znacznie wytrzymalszy i dzięki dużemu kominowi można zapakować do niego znacznie więcej (kolejny pretekst, żebym to j dźwigał więcej niż Górek). Oprócz tego doszły nam dwie latarki, nowa, demobilowa saperka, apteczka i ponczo amerykańskie. Kupiliśmy też mapnik, dzięki któremu mapa już nie będzie nam zamakała. Aparat dorobił się dodatkowych kart pamięci i baterii. Górkowi doszedł nowy, ciepły śpiwór, nóż, podobnie jak mi (nóż, nie śpiwór, który póki co nadal sprawuje się świetnie). Listę nowości zamyka krzesiwo z bloczkiem magnezu, pedometr gubiący kroki w terenie, ładownica i kubek do manierki, który wraz z nową kuchenką „esbit” ma służyć do robienia świerkowej herbatki na postojach, oraz dodatkowa ładownica na drobiazgi dla mnie (nareszcie 🙂 ).

Ostatnią rzeczą jaka pozostała to modlić się o pogodę, która zmieniła się w styczniu na niemal wiosenną. Zamiast śniegu i mrozu za oknem mamy wszechobecną wodę. Jeśli prognoza na planowany termin wypadu, która zapowiada ostatnie podrygi zimy się nie sprawdzi to zamiast zimowego biwaku będzie wiosenny. Targanie dodatkowej wody zamiast topienia śniegu, przemoczone buty i problemy ze znalezieniem suchej rozpałki. Żyć nie umierać 🙂 .


Spis ekwipunku:
  • zapasowe ubrania
  • plandeka i ponczo Us
  • karimaty i śpiwory
  • saperka, maczeta
  • noże, multitool, niezbędnik
  • mapy i kompas
  • szpulka dratwy
  • ręcznik, szczoteczki i pasta do zębów, papier toaletowy, brezentowe wiaderko
  • aparat (z jeszcze większą ilością GB)
  • kamera (ta co ostatnio)
  • menażka WP, manierki, kubek do manierki i prowiant (4 torebki ryżu, 4 torebki kaszy, 3 sosy w proszku, 8 zupek chińskich, 6 małych konserw, 6 puszek śledzi, ,duża paczka sucharów, herbata, kawa, sól, cukier, słodycze)
  • woda (około 12 l plus 1,5 l herbaty w termosach)

 

Dzień 1


Wyruszyliśmy około 11.00. Pogoda nie była do końca zimowa, bo brakowało śniegu, ale mróz trzymał na poziomie -5, więc ogólnie ok. Transport wysadził nas w znajomym lesie nieopodal Błotna. Z początku skierowaliśmy się na zachód by szybko odbić na północny-zachód w kierunku Czarnogłów. Po minięciu ludzi od wycinki lasów wyszliśmy na pierwszą otwartą przestrzeń. Była to mała, śródleśna łąka. Obrazowała to co nas czeka tego dnia – lód. Na szczęście był na tyle gruby, że mogliśmy spokojnie przejść, choć śliska nawierzchnia w połączeniu z ponad 20-to kilogramowymi plecakami zmuszała do ostrożności. Po przejściu przez kolejną łąkę dotarliśmy do drogi z Błotna do Trzechla. Nie zmieniając kierunku ruszyliśmy dalej w las. Po przejściu około pół kilometra naszym oczom ukazała się rzeka – Wołczenica. Zerkając na mapę sądziliśmy, że będzie to mały strumyk, ale rzeczywistość wyprowadziła nas z błędu. Znacznie za szeroka żeby ją przeskoczyć i pozornie za głęboka żeby ją przejść. Poza tym nie uśmiechało nam się chodzić przez resztę dnia w przemoczonych butach na mrozie. Postanowiliśmy ruszyć w dół jej biegu na zachód szukając jakiegoś zwalonego drzewa lub mostu.

Rzeka szybko doprowadziła nas do otwartej przestrzeni. Były to zalane łąki. Mogłoby się wydawać, że zimą teren ten jest wymarzony do spaceru. Równo, żadnych krzaków przez które trzeba się przedzierać, lecz dla nas był to najgorszy etap wędrówki. Już na samym początku pogoda zgotowała nam chrzest. Lód trzeszczał pod stopami, a nasze kroki robiły się coraz ostrożniejsze i coraz powolniejsze. W połączeniu z krętym korytem rzeki, od którego nie oddalaliśmy się z nadzieją przeprawy, dało nam to istnie żółwie tempo. A lód trzeszczał dalej. Górek, idący sporo przede mną, pierwszy trafił na zbyt cienką na nasz ciężar taflę. Noga wpadła mu pod lód do połowy łydki. Chwilę po nim to samo przydarzyło się mi. Na szczęście pod spodem nie było zbyt wiele wody, najwyżej po kostki. Może nie przemoczyliśmy butów, ale za to wpadaliśmy w dziury co trzeci krok. Nie muszę chyba pisać jak utrudnia to marsz? Po przejściu wzdłuż rzeki sporo ponad kilometra z czego połowa stanowiła pękający lód dotarliśmy do małego dopływu, którego również nie byliśmy w stanie przebyć (strasznie nam wstyd 🙂 ). Reasumując zrobiliśmy mniej niż kilometr w linii prostej na zachód klucząc wzdłuż brzegu, z przeprawy nici i dodatkowo dalsza droga na zachód jest niemożliwa. Mając na uwadze uciekający czas postanowiliśmy wrócić się na południe do ulicy, która przechodziła przez rów mostem. Tym oto sposobem porzuciliśmy ostatecznie wizytę nad jeziorem w Czarnogłowych i nadłożyliśmy niemal dwa kilometry drogi. To był odpowiedni czas na postój z herbatą i czymś na ząb.

W trakcie postoju obmyśliliśmy nowy plan, którego założenie było proste – idziemy na zachód i nadrabiamy stracony czas i kilometry. Ruszyliśmy na łąki na północ od Trzechla. Teren na szczęście się wznosił, więc problem lodu chwilowo zniknął. Bardzo szybko pokonaliśmy dwu-kilometrową otwartą przestrzeń i weszliśmy do lasu. Wizyta w nim nie była zbyt długa, po niecałym kilometrze trafiliśmy na całkiem sporą łąkę. Kolejna chwila odpoczynku,  plecy już coraz bardziej zaczynają nam dokuczać. Mapa wskazuje, że trzymamy dobry kierunek i już niedługo dotrzemy do Świętoszowa. Postanowiliśmy ruszyć na wprost przez łąkę, nie zważając na trzciny na jej środku, co okazało się dużym błędem. Otóż przez środek polany płynęła rzeczka, którą skutecznie ukryła przed nami gęstwina. Górek idąc wąską ścieżką na przedzie wpadł do pół łydki w wodę i znowu musieliśmy zawrócić. Skierowaliśmy się na północ i na szczęście na końcu polany znaleźliśmy miejsce na przeprawę. Skacząc po bujających się na boki, wielkich kępach trawy znaleźliśmy się na drugim brzegu. Górkowi wyszło to sprawnie, ale ja z lewą dłonią w szynie (przecięte ścięgno palca wskazującego) miałem już większe problemy. Północno-zachodni kraniec łąki skrywał jeszcze jedną niespodziankę. Była nią oczywiście kolejna rzeczka, jednak po długich bojach z przerzucaniem najpierw plecaków, a potem jednorękiego kaleki znaleźliśmy się na drugim brzegu.

Po przejściu przez wąski odcinek lasu znaleźliśmy się na łąkach otaczających Świętoszewo. Znowu mieliśmy okazję odpocząć od rzeczek i lodu. Trafiło się też odpowiednie miejsce na postój i mały posiłek – ruiny starej stodoły, a w zasadzie to co z nich zostało, czyli masa kamieni i kawałków drewna. Nam wystarczyło, że teren był zasłonięty od wiatru i mogliśmy w spokoju skonsumować po puszce śledzi i napić się ciepłej herbaty. W Świętoszowie nie wzbudziliśmy na szczęście wielkiej sensacji i spokojnie ruszyliśmy dalej przez labirynt ogrodzonych pastwisk dla koni. Po zmianie kierunku na południowy-zachód weszliśmy w las.

Zaczęliśmy się powoli rozglądać za miejscem naszego pierwszego obozu. Po spotkaniu ze stadem dzików (biegnąc robiły więcej hałasu niż stado słoni) weszliśmy do świerkowego zagajnika. Miejsce wydawało się idealne, więc zostawiliśmy plecaki i rozdzieliliśmy się, w celu znalezienia osłoniętego od wiatru zakątka. Poszukiwania nie trwały długo i już po kilkunastu minutach rozpoczęliśmy przygotowania do pierwszej nocy. Schronienie postawiliśmy szybko. Miało formę tunelu z plandeki z jednospadowym dachem. Jeden otwór zakryliśmy ponczem a przed drugim rozpaliliśmy ognisko. Nasz biwakowy termometr wskazywał coraz niższą temperaturę, która powoli zbliżała się do -10. Po przygotowaniu i zjedzeniu kolacji położyliśmy się spać.



 

Dzień 2


Poranek był mroźny, ale słoneczny. Temperatura wahała się w okolicy -9 i zaczął prószyć śnieg. Po zjedzeniu śniadania zwinęliśmy wszystkie graty i wyruszyliśmy dalej na zachód. Szybko dotarliśmy do torów kolejowych. Las za nimi poprzecinany był wzdłuż i w poprzek rowami z wodą. Lód na większości był bardzo gruby, ale trafiały się też miejsca gdzie był aż tak cienki, że pękał zanim zdążyło się na nim dobrze postawić stopę. Szybko zdecydowaliśmy się ruszyć na północ w kierunku drogi, która biegła w sprzyjającym dla nas kierunku. Zrobiliśmy nią ponad pięć kilometrów, trafiając po drodze na parking, na którym zrobiliśmy postój na herbatę oraz na przyszły park rozrywki „fantazja”. Po nadrobieniu dystansu dotarliśmy do trasy szybkiego ruchu biegnącej ze Szczecina do Świnoujścia. Nie wyobrażam sobie jak pokonują ją zwierzęta skoro my mieliśmy problem. Samochody jeździły niemal bez przerwy i ze znaczną prędkością, ale jakoś udało nam się przebiec. Przeszliśmy jeszcze kilometr naszą ulicą, która przecinała główną drogę i skręciliśmy na południe w las.

Droga mijała szybko i bez większych problemów. Przez dłuższy czas nie trafiliśmy też na nic ciekawego. Ze znudzeniem szliśmy dalej. W pewnym momencie naszą drogę przecinała mała rzeczka. Poza wszechobecnym zapachem mułu nie było w niej nic nadzwyczajnego, ale postanowiłem się rozejrzeć. Kawałek dalej rozlewała się na cały las. Idąc po zamarzniętej ziemi, która konsystencją przypominała gąbkę zobaczyłem ścięte drzewo. Byłoby to normalne, gdyby nie to że wyglądało jak zatemperowany ołówek. Do głowy przyszło mi tylko jedno wytłumaczenie – bobry. Postanowiłem to sprawdzić. Zawołałem Górka, który odpoczywał przy drodze i poszliśmy dalej po lodzie. Wkrótce z pomiędzy drzew wyłonił się kopiec gałęzi wymieszanych z ziemią, mniej więcej wysokości człowieka. Było to żeremie bobrowe. Nie zdawaliśmy sobie nawet sprawy z tego, że żyją gdzieś w okolicy a tu trafiamy na nie w trakcie wędrówki. Mieliśmy wielkie szczęście. Niestety zimą bobry praktycznie nie opuszczają swojego domu, więc i tak nie mamy szans ich zobaczenia. Ruszyliśmy dalej trafiając na wąską, asfaltową drogę przez las. Do naszego dzisiejszego celu – Gowienicy – zostały już tylko dwa kilometry.

Gdy dotarliśmy na miejsce, słońce było już dość nisko. Było około 16, więc mieliśmy nieco ponad godzinę do końca dnia. Szybko zabraliśmy się za szukanie miejsca na obóz. Górek wpadł na pomysł przeprawy po zwalonym drzewie na drugi brzeg. Przejść mu się udało, ale skacząc na wystające z wody niczym wyspa korzenie drzewa pomoczył buty. Ruszyliśmy w dół rzeki sprawdzając teren po jej obydwu stronach. Nie spodziewaliśmy się, że Gowienica będzie taka szeroka. Drzewo, po którym przechodził Górek, ledwo dosięgło drugiego brzegu i to tylko dlatego, że było bardzo wysokie. Nie trafiliśmy już na żadne inne, po którym dało by się przejść. Znalazłem za to skarpę otaczającą szerokim łukiem zakole rzeki. Teren nią odgrodzony był podmokły i poprzecinany małymi strumykami, które wypływały prosto z pod klifu po to żeby po mniej niż stu metrach zniknąć w Gowienicy. Postanowiłem rozejrzeć się na górze, co okazało się niezwykle owocne, ponieważ znalazłem miejsce na nocleg. Był to lej o średnicy mniej więcej pięciu metrów i głębokości nieco mniejszej niż wzrost człowieka. Przykryliśmy łagodniejszą część plandeką, którą uformowaliśmy na kształt dwuspadowego dachu. Na samym dole rozpaliliśmy ognisko a po przeciwnej stronie zrobiliśmy ekran z poncza. Gdy wyrównaliśmy grunt, żeby śpiwory nie ześlizgiwały się w dół, nasz obóz był gotowy. Zjedliśmy kolację i położyliśmy się spać. Ta noc była znacznie zimniejsza od poprzedniej. Temperatura spadła poniżej -10 stopni. Do tego wiatr był tak silny, że nawet nasze zagłębienie nie było nas w stanie przed nim ochronić. Nie było łatwo zasnąć, ale w końcu zmęczenie wzięło nad nami górę.



 

Dzień 3


Obudziliśmy się zziębnięci jeszcze przed wschodem słońca. Wszędzie wokoło, na śpiworach i na plandece było pełno lodu. To para wodna z naszych oddechów skraplała się i zamarzała. Nie mogliśmy się już doczekać dnia. Jak tylko zrobiło się widno szybko wstaliśmy i rozpaliliśmy ognisko. Długo nie mogliśmy się rozgrzać. Nasze buty tak zesztywniały, że ledwo byliśmy je w stanie wcisnąć na stopy. Postanowiliśmy zaraz po śniadaniu ruszyć dalej.

Poranek był pochmurny i mroźny, ale szło nam się całkiem przyjemnie. Poruszaliśmy się w dół Gowienicy, która miała nas doprowadzić do Widzieńska. Zatem kluczyliśmy razem z rzeką po lesie podziwiając widoki. A było na co popatrzeć. Na każdym niemal drzewie, kilkanaście centymetrów nad taflą wody wisiały sople. Miały kształty, mniej lub bardziej zbliżone do kieliszków. Były nawet puste w środku i pewnie dałoby się z nich czegoś napić. Mróz naprawdę pokazał na co go stać tworząc te kształty. Oprócz tego trafiały się liczne poprzewracane drzewa. Ich gałęzie sterczały z wody zatrzymując wszystko co płynęło z prądem. Niestety poza kawałkami drewna były to zazwyczaj śmieci. Po przejściu kilometra zaczęliśmy powoli wychodzić z lasu. Oznaczało to, że zbliżamy się do wioski. Po przejściu około 2 kilometrów wzdłuż brzegu trafiliśmy na pierwsze domy.

Osada była dość malownicza, wtopiona w las i przecięta rzeką. Po nieco zużytej ulicy nie jeździło zbyt dużo samochodów, więc było dość cicho i spokojnie. Może nie było to Żerzyno, gdzie spokój wręcz przytłaczał, tylko zwykła wioska leżąca lekko na uboczu. Obaj stwierdziliśmy, że zamieszkanie tu byłoby całkiem ciekawe. Był sklep i nawet bar, a co najciekawsze był też ośrodek wypoczynkowy Zachodniopomorskiego Uniwersytetu Technicznego. Tyle już studiuje a nie wiedziałem, że mamy ośrodek wypoczynkowy i to na takim odludziu. Zaszliśmy do sklepu i kupiliśmy pączki i drożdżówki. Mieliśmy tego nie robić, ale nie mogliśmy się oprzeć. Mieliśmy też kupić papier toaletowy, którego Górek zapomniał, ale oczywiście zapomnieliśmy. Ruszyliśmy ulicą na północny-zachód w kierunku Zielonczyna, kolejnego celu naszej wędrówki. W linii prostej było to około 5 kilometrów. Jako że nie mieliśmy dobry czas postanowiliśmy zrezygnować z „twardego szlaku” i zboczyliśmy przy pierwszej okazji w las. Pogoda się poprawiła i wyjrzało słońce, które przebijało się przez korony iglastych drzew, których było tu bez liku. Nadal było bardzo mroźnie, ale w marszu tego niemal nie odczuwaliśmy. Droga mijała szybko.

Po przejściu około dwóch kilometrów trafiliśmy na otwartą przestrzeń. Były to stawy rybne powstałe przez zablokowanie rzeczki Świdnianki. Miejscowość, choć ciężko tak nazwać dwa domy, nazywała się Krokorzyce. Postanowiliśmy zrobić chwilę przerwy. To już trzeci dzień z ponad 20-toma kilogramami na plecach, więc ramiona zaczynają odmawiać posłuszeństwa. Zjedliśmy coś słodkiego i odpoczywaliśmy, rozkoszując się popołudniowego słońca, które świeciło już niemal jak wiosną. Staw, nad którym byliśmy wyglądał jak wyschnięta pustynia. Na zimę spuszczono z niego wodę, a błoto na dnie zamarzło. Po odpoczynku poszliśmy na północny kraniec w kierunku grobli przy której płynęła wąska strużka wody. Z dna wystawały przycięte na kilka centymetrów trzciny, które wyglądały jak kolce. Gdy weszliśmy na zarośnięty wał okazało się że jest tam drugi staw, również wyschnięty. Umyliśmy zęby w rzeczce i ruszyliśmy dalej przez las. Po niecałym kilometrze trafiliśmy na drogę, której kierunek nam odpowiadał. Było już coraz później, więc musieliśmy przyspieszyć kroku. Nagle przez drogę kilkadziesiąt metrów przed nami zaczęły przebiegać jelenie. Niewiele myśląc zboczyliśmy w las tak, żeby przeciąć im drogę. Im dalej zagłębialiśmy się w gęstwinę, tym ostrożniej staraliśmy się poruszać. W końcu rozdzieliliśmy się. Ja, idąc z lewej zapuściłem się nieco dalej, poruszając się wzdłuż granicy, między lasem, a sosnowym młodnikiem. W końcu trafiłem na kilka łań, które próbowały uciec w gęstwinę niskich sosen. Nie udało mi się zrobić zdjęcia, ale spłoszyłem je z powrotem w wysokie drzewa, gdzie poszedł Górek i tyle je widziałem. Potem długo nie mogliśmy się odnaleźć. Okazało się, że Górek rzucił plecak i pobiegł za stadem z kamerą. Wyszło z tego nawet kilka ciekawych ujęć. Jako że było już po 14 postanowiliśmy wrócić do ulicy, żeby nadrobić stracony czas. Drogę przegrodziła nam wielka szkółka leśna. Najpierw próbowaliśmy ją obejść, ale w końcu przeszliśmy przez ogrodzenie i ruszyliśmy na przełaj docierając w końcu do drogi.

Do Zielonczyna, a w zasadzie do góry przed nim, do której zmierzaliśmy, mieliśmy już nieco ponad kilometr. Droga „pękła” szybko i już po chwili zaczęliśmy rozglądać się gdzie tu skręcić w las. Gdy tylko zobaczyliśmy, że teren zaczyna się wznosić skręciliśmy w buki. Po chwili dostrzegliśmy górę, a na niej wieżę i punkt widokowy. Wystarczyło już tam tylko wejść. Było to najcięższe dwieście metrów z całej wyprawy, ale jakoś udało nam się je pokonać zanim się „zasapaliśmy”. Wieża była ogrodzona, więc został nam punkt widokowy. Po krótkiej rozmowie z „tubylcem”, który siedział na poręczy i pisał SMS’y przystąpiliśmy do posiłku. Jadalnia, choć przewiewna, zachwycała widokiem. Pod nami rozciągał się las iglasty a na horyzoncie majaczyły ponure kominy w Policach. Gdzieś pomiędzy drzewami widać było też błyszczące w słońcu wody zalewu. Po jedzeniu jeszcze długo siedzieliśmy na krawędzi urwiska i patrzyliśmy w dal. Dopiero około 16 zaczęliśmy zbierać się do dalszej drogi.

Kierowaliśmy się na południe w stronę Stepnicy. Z początku przez las a później ulicą. Było już coraz później, więc musieliśmy się pospieszyć. Bardzo szybko pokonaliśmy ponad dwa kilometry dzielące nas od Gowienicy, przez którą mieliśmy tym razem przejść mostem. Po krótkim postoju nad rzeką ruszyliśmy dalej skręcając na południowy-wschód w las w celu znalezienia miejsca na obóz. Był to las mieszany. Między brzózkami rosły pojedynczo małe świerki. Szukaliśmy miejsca jak najbardziej osłoniętego od wiatru. Po chwili znowu trafiliśmy na jelenie. Idąc, a w zasadzie biegnąc za nimi trafiliśmy na świerkowy zagajnik. Kompletnie w nim nie wiało, więc po znalezieniu kawałka otwartej przestrzeni przystąpiliśmy do szykowania miejsca na obóz. Górek zajął się ogniskiem, a ja przygotowaniem podłoża pod nasz „plandekowy” namiot. Nie było to łatwe, gdyż liczne przymarznięte to gleby kołki trzeba było usuwać saperką. Po około trzydziestu minutach mieliśmy gotowe schronienie, przed którym płonął ogień. Temperatura bardzo szybko spadała i niedługo po zachodzie słońca dobiła do -10 stopni. Przy takim zimnie nawet drewno nie za bardzo chciało się palić. Musieliśmy używać niemal wyłącznie suchych świerkowych gałęzi. Było ich wokoło bez liku, ale za to spalały się tak szybko, że musieliśmy je niemal non stop donosić. Po ugotowaniu i zjedzeniu kolacji szybko położyliśmy się spać. Noc była jeszcze zimniejsza niż poprzednia. Temperatura sięgnęła -14 stopni. Po raz kolejny wszystko w około nas pokrył szron i lód. Mimo to było nam dość ciepło dzięki temu, że kompletnie nie wiało i w miarę szybko zasnęliśmy.



 

Dzień 4


Poranek był bardzo chłodny. Gdy wstaliśmy było około -10 stopni i wszystko wokoło pokrywał szron. Górek zaczynał powoli dochodzić do siebie. W nocy miał chyba stan podgorączkowy bo narzekał na chłód i drgawki mimo, że mi było ciepło. Rozpaliliśmy ogień i zjedliśmy śniadanie. Dzisiaj czekała nas droga do rezerwatu Olszanka, około 6 kilometrów w prostej linii, ale biorąc pod uwagę, że w nogach mieliśmy już ponad czterdzieści kilometrów nie było to wcale tak mało. Szybko zwinęliśmy obóz i ruszyliśmy na południe. Początki były dość trudne. Szybko trafiliśmy na świerkowy młodnik, tak gęsty, że gałęzie strącały nam czapki z głów. Klucząc w poszukiwaniu jakichś prześwitów, w których dało się iść z plecakiem dotarliśmy do łąk w okolicy Stepnicy.

Z lewej na horyzoncie majaczyły zabudowania. Poruszaliśmy się po raz kolejny po zamarzniętych rozlewiskach, ale na szczęście po ostatnich mrozach nie było już problemu pękającego lodu. Trafiło się nam po drodze idealne miejsce na postój, jakiś opuszczony budynek o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu. Wypiliśmy w nim resztki herbaty i ruszyliśmy dalej. Kawałek przez las i już siedzieliśmy na ławce na parkingu przy trasie z Goleniowa do Stepnicy. Został już tylko rezerwat. Było jeszcze przed 13, więc spokojnie ruszyliśmy w jego stronę. Szybko przyłączył się do nas rurociąg, który również tam zmierzał. Towarzyszył nam już do samego celu.

Rezerwat Olszanka nieco nas zaskoczył. Z pozoru nudne i monotonne miejsce, w kółko brzozy i trawa. Czasami przed szereg wybijają się większe sosny, ale raczej marginalnie. Po krótkim marszu główną drogą zauważyliśmy dopiero wszechobecną ciszę. Jedynymi dźwiękami, które czasami ją zakłócały były lecące wysoko samoloty, ale poza nimi słychać było jedynie ćwierkanie ptaków i szum wiatru. Po krótkim i milczącym postoju ruszyliśmy dalej. Mieliśmy nadzieję zobaczyć orła bielika, ale póki co słyszeliśmy go tylko z oddali. Wszystko zmieniło się gdy jeden przeleciał tuż nad wierzchołkami drzew jakieś sto metrów przed nami. Wtedy inne orły jakby się ośmieliły i zaczęły krążyć nad naszymi głowami, choć zdecydowanie za wysoko, żeby można było je sfotografować. My też jakoś się ożywiliśmy i skręciliśmy w coś co kiedyś przypuszczalnie było drogą. Włócząc się tak po rezerwacie trafiliśmy na resztki z bielikowego stołu, czyli na kupę sierści. Ciężko było stwierdzić czyjej. Idąc dalej dotarliśmy do sporej polany. Dla odmiany od brzozowego lasu postanowiliśmy skręcić w jej stronę. Była to słuszna decyzja, ponieważ znaleźliśmy na niej stary schron. Było już około 15, więc postanowiliśmy zatoczyć koło i iść wrócić do ulicy. Plecaki, a przynajmniej mój (Górkowi odpadła większość ciężaru, który zjedliśmy i wypiliśmy) zaczęły coraz bardziej ciążyć. Nogi też odmawiały posłuszeństwa. Grunt nie był zbyt równy, w trawie leżały powalone pnie, o które się potykaliśmy. Gdy wracaliśmy zmordowani trafiliśmy jeszcze na gniazdo bielika, zbudowane na wysokiej sośnie. Nie umknęło to uwadze szybujących ptaków, które zaczęły jeszcze bardziej ochoczo nad nami krążyć. Nie chcąc ich już denerwować ruszyliśmy dalej. Ostatnią atrakcją jaka nas spotkała w rezerwacie było stado jeleni, które przebiegły przed nami przez ścieżkę. Widać było, że nie boją się zbytnio, biegły niezwykle niemrawie, a ostatnie wręcz szły. Ruszyliśmy wzdłuż rurociągu w miejsce umówionego spotkania z naszym transportem. Tak oto po czterech dniach na mrozie i z dodatkowymi 52 kilometrami przebiegu dla naszych nóg wróciliśmy do domu.



 

Koniec

 

PS. Jakiś czas po biwaku otrzymałem maila od pracownika rezerwatu Olszanka. Stwierdził, że wchodząc do rezerwatu drogą nie mogliśmy nie zauważyć znaków zakazu wstępu i że złamaliśmy prawo.Jednak po lekturze relacji z wypadu, jak i wcześniejszych, stwierdził, że widać, że potrafimy docenić piękno przyrody i udziela nam pouczenia. Prosił jednak o zrobienie czegoś z relacją żeby nikt nie szedł w nasze ślady. Zatem piszę tutaj, że wstęp do rezerwatu jest surowo wzbroniony.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *