Dziennik Podróżnika 003


czas: 11-12 listopad 2010

trasa: Karsk – Błotno

dystans: około 21 km


 


 

Przygotowania

Tym razem całe przygotowania odbyły się dzień wcześniej, choć oczywiście przeciągnęły się na część nocy (zaczęliśmy późnym wieczorem). Po zaniesieniu wszystkich rzeczy do Górka zaczęliśmy się pakować. W trakcie okazało się że zapomniałem czegoś i musiałem wrócić do domu. Gdy powróciliśmy do pakowania, okazało się że zapomniałem czegoś innego i znowu kurs do domu. Czynność ta powtarzała się kilkukrotnie. To nie były jedyne problemy jakie pojawiły się tuż przed wyjazdem. Dzień wcześniej „padła” mi jedna z baterii do aparatu (oczywiście zamiennik a nie oryginał), więc pojawiła się obawa, czy w niższych temperaturach jedna bateria wystarczy na 3 dni (nie wiedzieliśmy jeszcze wtedy, że zostaniemy tylko na 2)?

Poza problemami należałoby wspomnieć, że Górek nabył, jakże konieczne w późną jesienią, stuptuty. I to by było na tyle w kwestii przygotowań.


Spis ekwipunku:
  • zapasowe ubrania
  • 2 pałatki WP
  • karimaty i śpiwory
  • saperka, maczeta
  • spinning i minimalistyczny sprzęt do wędkowania
  • noże, multitool, niezbędnik
  • mapy i kompas
  • szpulka dratwy
  • ręcznik, szczoteczki i pasta do zębów, papier toaletowy, brezentowe wiaderko
  • aparat (już z odpowiednią ilością GB)
  • kamera (bez rozdzielczości HD na dodatkowe pomocnicze ujęcia)
  • garnki i prowiant (2 torebki ryżu, 4 torebki kaszy, 6 sosów w proszku, 6 zupek chińskich, 10 małych konserw, herbata, kawa, sól, cukier, słodycze)
  • woda (około 6,5 l plus 1,5 l herbaty w termosach)

 

Dzień 1


 

Przed nami około 12 km po błocie, podmokłych łąkach i leśnych rozlewiskach. Temperatura wynosi około 8 stopni, niebo jest zachmurzone i wieje dość mocny, północno-wschodni wiatr. Jesteśmy dobrze przygotowani na niskie temperatury, gorzej z deszczem (znowu tylko pałatki, zamiast namiotu). Dzięki problemom z samochodem na miejscu jesteśmy o 12. Tym razem mamy kierowcę i ominął mnie 5-cio kilometrowy maraton. W końcu wyruszamy.

Kierujemy się na zachód polną drogą i po nieco ponad kilometrze docieramy do pierwszego lasu, zmieniając kierunek na północny. Mimo braku liści jest dość gęsto, a mój spinning przypięty do plecaka zaczepia się o wszystko co się tylko da. Szybko też trafiamy na pierwsze strumyki. Przechodząc przez jeden z nich, który oczywiście nie był głębszy niż po kostki, wpadłem w grząskie dno do połowy łydki (dzięki stuptutom nie przemoczyłem butów i spodni). Górek poszedł wzdłuż brzegu, żeby znaleźć lepsze miejsce do przejścia i okazało się, że jakieś 50 metrów dalej strumyk się kończył, a w zasadzie dopiero zaczynał (wypływał z drenażu). Minęliśmy leśne bajoro i wyszliśmy na łąki.

Długo nie dane było nam się cieszyć suchym gruntem, ponieważ szybko musieliśmy odbić z powrotem na zachód. Weszliśmy prosto w zalany wodą ols. Przejść się w żaden sposób nie dało, więc postanowiliśmy przeszkodę ominąć. Potem znowu kawałek suchej łąki i kolejny las, który miał się ciągnąć już przez niemal cały dzień do samej Czermnicy. Las już na samym starcie przywitał nas dość szeroką i głęboką rzeczką. Po moim doświadczeniu z małym strumykiem postanowiliśmy poszukać jakiegoś miejsca do przeprawy. Długo szukać nie musieliśmy. Udało mi się znaleźć przewrócone drzewo. Było trochę śliskie, ale przy pomocy „mojżeszowej” laski znalezionej przy brzegu udało się przejść nie tracąc równowagi.

Po około kilometrze trafiliśmy na niewielkie urwisko w sosnowym zagajniku. Postanowiliśmy zrobić postój. Pod zwisającą ze skarpy trawą ukryte były borsucze nory. Ze skraju lasu na południowym-zachodzie widać było Strzeliwo, oraz prowadzącą do niego od lasu drogę. Po szybkim posiłku z czekoladowego wafelka ruszyliśmy dalej.

Najpierw przez bukowy młodnik, potem przez starą buczynę no i w końcu po nieco ponad kilometrze dotarliśmy do śródleśnej łąki. Miała nas ona doprowadzić niemal do samej szosy na Czermnice. Oczywiście pojawiły się komplikacje. Łąka na północy przedzielona była rosnącymi pojedynczo olchami i porośnięta wysokimi trawami, typowymi dala miejsc w których stoi woda. Było to oczywiście rozlewisko. Postanowiliśmy przejść na przełaj. Gdybyśmy spróbowali je ominąć zmarnowalibyśmy mnóstwo czasu (było już po 15 i do nocy zostało nam niewiele czasu). Rozlewiska nie było tam bez powodu. Między olchami płynął strumyk. Oczywiście nie był zbyt głęboki, ale miał grząskie dno. Wykorzystaliśmy rosnąco tuż obok olchę, która przy pomocy maczety stała się mostem. Znowu pomoc „mojżeszowej laski” i jesteśmy na drugim brzegu.

Za rzeczką weszliśmy do lasu, żeby nie iść przez podmokłą łąkę, choć tam wcale nie było dużo lepiej. Przekroczyliśmy kilka małych rowów i sporych kałuż i w końcu wyszliśmy na otwartą przestrzeń. Niestety nie była ona pochodzenia naturalnego, była to pozostałość zrębu. Wszystko wokoło wyglądało jak po przejściu huraganu. Wszystkim wydaje się, że ścina się tylko wysokie drzewa. Tak, to prawda, ale w trakcie tego podszyt też zostaje zniszczony przez spadające drzewa. Nawet runo leśne się nie zachowa jak przejadą po nim ciężkie maszyny, które zwożą kłody. Taki właśnie krajobraz ujrzeliśmy, jedno wielkie pobojowisko. Jak najszybciej się stamtąd ulotniliśmy.

Nadeszła kolej na to jak ludzie odwdzięczają się przyrodzie, czyli na sadzony przez człowieka, sosnowy młodnik. Regularny aż do bólu układ, ubogie runo (musiało odradzać się od podstaw, więc oczywiste jest, że wyrosły tylko najsilniejsze rośliny), czyli różnorodność gatunkowa ograniczona do minimum. Ale w sumie lepsze to niż kolejne pole uprawne, które i tak pewnie szybko stało by się nieużytkiem. Zrobiliśmy postój na coś słodkiego.

Tym razem skierowaliśmy się na zachód. Przekroczyliśmy drogę i weszliśmy w stary bór mieszany. Przeplatały go liczne rozlewiska i rowy, więc ciągle musieliśmy chodzić po wodzie. Mimo tego buty nadal pozostawały suche. Po niemal półtorakilometrowej wędrówce przez rozlewiska dotarliśmy do jakichś zabudowań. Według mapy było to Płotkowo, kolonia Czermnicy. Postanowiliśmy je ominąć od południa. Po przejściu przez świerkowy park, który wyglądem budził skojarzenia z lasami z okolic Łosośnicy (stare świerki i dywan z mchu), dotarliśmy do dużej polany. Wyglądała na lekko podmokłą, ale postanowiliśmy iść dalej. Im bliżej drugiego skraju byliśmy tym więcej było wody. Przy końcu było jej już po kostki. Na dokładkę z trawy wyłoniła się przyczyna tego trawiastego rozlewiska, mała rzeczka. Była znacznie szersza niż wszystkie poprzednie tego dnia. W pobliżu nie było żadnego dogodnego do przekroczenia miejsca, więc postanowiliśmy zawrócić i obejść łąkę. Poszliśmy na północ do szosy.

Po kilkuset metrach po twardym gruncie zmieniliśmy w końcu kierunek na północno-zachodni i skierowaliśmy się w stronę jezior koło Czermnicy, naszego obozu na tę noc. Kawałek przez las, kawałek znowu po drodze i kolejna zmiana kierunku, tym razem na północny. Nieco ponad pół kilometra i byliśmy na miejscu, dokładnie pomiędzy dwoma małymi oczkami wodnymi.

Po wybraniu miejsca na obóz, rozpoczęliśmy przygotowania do nocy. Najpierw ognisko, potem schronienie i na końcu posiłek. Było ciężko ponieważ zaczął się zrywać coraz mocniejszy wiatr i dym z ogniska leciał prosto pod pałatki. Działo się tak mimo tego, że wiało nam z za pleców (szkoda miejsca na wyjaśnienie, pewnie i tak większość wie o co chodzi). Wieczór był długi, chłodny i „łzawy”.

W nocy obudził nas deszcz. Wiatr dalej nie ustawał, a nasze schronienie sprawiało wrażenie latawca, który czeka żeby zaraz polecieć. Niefortunnie nad głową miałem otwór na rękę, przez który, mimo że był zapięty, cały czas kapała mi na głowę woda. Na szczęście miałem nieprzemakalny kaptur od śpiwora, ale za to wszystko ściekało z niego na kurtkę służącą za poduszkę. Była to ciężka noc, ale jakoś doczekaliśmy do rana.



 

Dzień 2


Ranek był chłodny i mokry. Nawet nie miałem ochoty na łowienie ryb i po raz kolejny wędka okazała się zbędnym balastem. Po rozpaleniu ogniska i zjedzeniu śniadania rozpoczęło się suszenie rzeczy. Było to o tyle trudne, że wciąż przelotnie mżyło. Biorąc pod uwagę, że prognoza pogody nie wspominała nic o deszczu tej nocy, ale zapowiadała ulewę na następną podjęliśmy decyzję o skróceniu biwaku. Chcieliśmy po prostu do wieczora dotrzeć jak najdalej i wrócić do domu. Suszenie trwało dość długo i dopiero około 12 wyruszyliśmy w drogę.

Wyruszyliśmy na wschód/północny wschód. Szliśmy po jombach, więc kilometry mijały dość szybko. Po 3,5 km trafiliśmy na zawalony most. Przez rzekę przeszliśmy po kładce zrobionej tuż obok, która podobnie jak most, nie miała zbyt wiele szczęścia. Spadło na nią wielkie drzewo, ale zniszczyło tylko barierkę. To miejsce jest chyba jakieś pechowe. Za mostem zeszliśmy z twardego szlaku i ruszyliśmy na północ oddalając się stopniowo od rzeki, przy której oczywiście było mokro i grząsko. Po nieco ponad kilometrze weszliśmy w zalany brzozowy las. Kolejny rów do przeskoczenia i w końcu jakaś polana, która okazała się torfowiskiem. Chodziło się po nim jak po mokrej gąbce. Widać było babrzyska dzików, a na środku małe oczko wodne. Ruszyliśmy dalej.

Za torfowiskiem trafiliśmy na drogę wiodącą na wschód, z której znowu szybko zeszliśmy. Trafilibyśmy nią do szosy Nowogard-Błotno, ale jeszcze było za wcześnie na powrót. Kierowaliśmy się dalej na północ. Przy ogromnym, powalonym buku zrobiliśmy krótki postój. Potem znowu na północ i kolejny zrąb. Zaczynało się już ściemniać i w tym półmroku wyglądał jeszcze bardziej ponuro od poprzednich. Teren zaczynał wyglądać znajomo.

W końcu dotarliśmy do drogi, na której już kiedyś byliśmy. Postanowiliśmy przejść się nią kawałek na zachód, zrobić kółko i wrócić na szosę, żeby mógł nas odebrać transport. Był to ostatni na tym biwaku, już tylko rekreacyjny spacer. Minęliśmy strumyk i weszliśmy w stary, świerkowy las. Drzewa były potężne i majestatyczne. Rosły trochę rzadko, więc było dość jasno. Zeszliśmy z drogi i ruszyliśmy na południe. Następny w kolejce był podmokły ols, w którym skręciliśmy na zachód. Szybko wróciliśmy pod świerki a następnie na drogę, którą mogliśmy iść na północ, żeby zatoczyć koło i wrócić z powrotem. Gdy byliśmy już przy szosie zadzwoniliśmy po kolegę, który miał po nas przyjechać i poszliśmy na pobliski transport, gdzie mieliśmy na niego czekać. Ostatecznie drugiego dnia zrobiliśmy tylko 9 km, ale i tak zmęczenie dawało o sobie znać. Do domu wróciliśmy już po ciemku.



 

Koniec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *