Dziennik Podróżnika 002

 


czas: 23-25 września 2010

trasa: Nowogard – Żerzyno

dystans: około 28 km


 


 

Przygotowania

Przygotowania przebiegły dość sprawnie. Doszło nam kilka rzeczy, a szczególnie Górkowi. Kupił plecak snajperski, kilka ładownic, torbę udową i manierkę. Plecak jakiejś chińskiej firmy, ale wyglądał dość solidnie. Pojemność około 50 l, dwie komory główne, dwie boczne kieszenie, pas biodrowy, a wszystko obszyte taśmami molle. Na pasie wylądowała potrójna ładownica i manierka, na przedzie plecaka pojedyncza, choć spora ładownica, a torba udowa oczywiście na udzie. Ja też wprowadziłem kilka modyfikacji. Strasznie męczyło mnie sięganie po wszystko do kieszeni w spodniach, więc postanowiłem zabrać ze sobą chlebak WP i przypiąć go do pasa biodrowego jako ładownice. Miałem miejsce na drobiazgi czyli mapę, kompas, coś słodkiego itp. Może nie wisiał zbyt solidnie i trochę „dyndał”, ale wszystko w granicach normy. Manierka, która zawsze była po drugiej stronie pasa sprawiała mi znacznie większe problemy.

Kolejną rzeczą jakiej się dorobiliśmy był mój nowy kompas. Niby niemiecka produkcja, poziomica, ogólnie sprawiał wrażenie dość solidnego. Wskazywał też poprawnie, a na pewno lepiej niż poprzedni, pożyczony. Mój śpiwór zyskał też nowy pokrowiec, własnej roboty, uszyty z materiału z pałatki. Nareszcie nie będzie z nim problemów.


Spis ekwipunku:
  • zapasowe ubrania
  • 2 pałatki WP
  • karimaty i śpiwory
  • saperka, maczeta
  • spinning i minimalistyczny sprzęt do wędkowania
  • noże, multitool, niezbędnik
  • mapy i kompas
  • szpulka dratwy
  • ręcznik, szczoteczki i pasta do zębów, papier toaletowy, brezentowe wiaderko
  • aparat ze statywem
  • netbook (nadal nie dorobiłem się większej karty pamięci)
  • garnki i prowiant (6 torebek ryżu, 6 sosów w proszku, 8 zupek chińskich, 12 małych konserw, herbata, kawa, sól, cukier, słodycze)
  • woda (około 8 l plus 1,5 l herbaty w termosach)

 

Dzień 1


Trasa na 3 dni, po 10 do 12 km na dzień. Pogoda dobra, około 20 stopni, bezchmurnie z delikatnym północnym wiatrem, który skutecznie nas chłodził. Wymarsz po raz kolejny z obrzeży Nowogardu tylko że ze wschodnich, a w zasadzie to z lasu za miastem. Znowu zabrakło kogoś życzliwego z prawem jazdy, więc operacja zawieź-biegnij odbyła się po raz kolejny. Historia lubi się powtarzać, szkoda że dystans nie został ten sam, tylko zwiększył się do 2,5 km.

Wyruszyliśmy drogą na północ, ale szybko z niej zboczyliśmy zmieniając kierunek na wschód. Po przejściu 500-600 metrów trafiliśmy na małą, leśną polanę przy której wschodnim skraju przepływała Sąpólna. Niby, niezbyt głęboka rzeczka, ale potrafi mieć kilka do kilkunastu metrów szerokości. Dno potrafi być grząskie i jest dość nieregularne. Idąc sobie spokojnie można nagle wpaść po pas, albo i głębiej. Postanowiliśmy przejść po wielkim zwalonym dębie. Mimo pozycji leżącej był nadal żywy i miał zielone liście. Niestety drugi brzeg był znacznie wyżej i trzeba było iść pod górę, a pień pokryty był mchem, ale jakoś daliśmy radę.

Po przejściu przez las wyszliśmy na ściernisko. Z prawej strony widać było Kulice. Spodziewaliśmy się że na otwartą przestrzeń wyjdziemy nieco dalej na północ. Wioskę minęliśmy z lewej strony po czym ruszyliśmy na północny-wschód, wzdłuż drogi na Jarchlino. Po około kilometrze przekroczyliśmy szosę i ruszyliśmy na zachód.

Przed nami kolejna rzeka. Znacznie mniejsza od Sąpólnej, ale z kamienistym dnem. Kamienie śliskie, więc przejść po nich trudno. Obok kamieni jest znowu znacznie głębiej, ale stabilniej. Postanowiliśmy pójść wzdłuż niej. Może za kilkadziesiąt metrów będzie łatwiej przejść. Niestety po 100, może 200 metrach ujrzeliśmy jakąś stodołę. Widać było, że za nią jest dom i podwórko. Uznaliśmy, że nie będziemy się wpraszać i zdecydowaliśmy przejść na drugą stronę rzeki. Znalazłem jakieś wypłycone przez drobne korzenie miejsce i po dwóch krokach w wodzie po kostki znalazłem się po drugiej stronie. Górek wybrał kamienie, poślizgnął się i mało nie wpadł do wody. Buty oczywiście puściły wodę. Idąc drugą stroną strumienia mijaliśmy samotne gospodarstwo. Całkiem przyjemne miejsce i jakieś takie znajome… Po chwili przypomniałem sobie że już tu kiedyś byłem. To był dom dziadka mojego kolegi. Był tam też mostek, którego nie widzieliśmy, ponieważ zasłaniały go drzewa i krzaki.

Kawałek pod górkę przez gęstwinę zdziczałych jeżyn, których kolce wbijają się wszędzie przy każdym kroku i znowu jesteśmy na otwartej przestrzeni. W oddali na polu ciągnik z trzema traktorzystami, widocznie pracują na trzy zmiany. Ciekawe czy nas widzieli?

W trakcie postoju skonsultowaliśmy się z mapą i ruszyliśmy przez pole na zachód. Szybko wylądowaliśmy w kolejnym lesie, w którym odezwały się wspomnienia poprzedniego biwaku. Znowu trafiliśmy na wyschnięty strumień płynący małym wąwozem. Postanowiliśmy zboczyć nieco z trasy i ruszyliśmy nim na południowy-wschód. Kawałek dalej wąwóz skręcił na południe i zaczął robić się płytszy, by w końcu zmienić się w zwykłe koryto malutkiej rzeczki. Doszliśmy do mostku za którym widać było więcej wody. Postanowiliśmy to sprawdzić. Okazało się, że jest to jakieś małe rozlewisko. Tabliczka „prywatne” skutecznie odstraszała od prób wędkowania. Zrobiliśmy znowu małą przerwę, a Górek poszedł sprawdzić co jest dalej. Gdy wrócił oznajmił podekscytowany, żebym zakładał plecak i szedł szybko za nim.

Szliśmy przez wysokie trawy, co świadczyło, że grunt jest bardzo wilgotny. Stopniowo robiło się coraz bardziej grząsko. Przeszliśmy pod wielką, kompletnie uschniętą osiką, która przewracając się zawisła na innych drzewach. Gdy minęliśmy krzaki naszym oczom ukazał się martwy las. Wszędzie sterczały wysokie na kilka metrów kikuty. Wyglądało to na tyle ciekawie, że szliśmy dalej nie zważając na to, że pod butami zaczyna nam coraz bardziej chlapać woda. Kilkadziesiąt metrów i zaczęło się stąpanie po kępach. Skacząc tak z jednej kępy na drugą dotarliśmy do czegoś co wyglądało na strumyk. Cała powierzchnia pokryta rzęsą, dna nie widać. Sprawdziłem głębokość kijem i okazało się, że wody jest po pas, a biorąc poprawkę na najprawdopodobniej grząskie dno, może być nawet po ramiona. Postanowiliśmy nie ryzykować i zrobić jakiś prowizoryczny most. Z kilku grubszych gałęzi i sporej ilości cienkich ułożyliśmy duży stos na strumyku, po którym udało się przejść w miarę „suchą stopą”. Na koniec Górek wdrapał się na wysokiego dęba, żeby zobaczyć to cmentarzysko z góry i ruszyliśmy dalej na zachód.

Za nami już ponad 4 godziny marszu i zrobiliśmy dopiero 5,5 km. Musieliśmy przyspieszyć i to znacznie. Akurat trafiła się ku temu sposobność, ponieważ szliśmy przez łąki co miało się nie zmienić przez najbliższe 2 km. Minęliśmy kilka stad saren, zmieniliśmy kierunek z wschodniego na północno-wschodni i w końcu trafiliśmy do kolejnego lasu. Od razu trafiliśmy na drogę, która według mapy powinna nas zaprowadzić gdzieś w okolicę Łosośnicy. Ponad 2 km pękły szybko.

Była 17.00 a my jedliśmy coś na szybkiego na skraju lasu patrząc jak stado saren pasie się na polu. W oddali widać było Łosośnicę. Za dwie godziny miało zajść słońce więc zaczęliśmy myśleć gdzie tu spędzić nadchodzącą noc. Na odpowiednie miejsce nie musieliśmy długo czekać. Po drugiej stronie pola ujrzeliśmy dużą ambonę i postanowiliśmy w niej zanocować.

Nie musząc martwić się o dach nad głową mogliśmy całą uwagę poświęcić ognisku i przygotowaniu posiłku na wieczór i rano zarazem. Wszystko odbyło się sprawnie i szybko i już po chwili jedliśmy obiadokolację na wielkim kamieniu, który idealnie wczuł się w rolę stołu. Noc była spokojna i ciepła a wszystko dzięki myśliwemu, który podłogę w ambonie wyłożył gumoleum i wykładziną. Po 10,5 km wędrówki sen przyszedł bardzo szybko.



 

 

Dzień 2


Ranek był dość chłodny, musiałem ubrać ocieplacz pod moją kurtkę bundeswhery, żeby nie odczuwać zimnego wiatru. Było słonecznie, więc złapałem aparat i poszedłem robić zdjęcia sarną, które pasły się nieopodal. Gdy wstał Górek podgrzaliśmy na ognisku przygotowane wczoraj śniadanie. Po posiłku spakowaliśmy wszystkie „graty” i ruszyliśmy na wschód. Po ominięciu Nowej Łosośnicy wkroczyliśmy do wielkiego lasu, który miał być jedną z największych atrakcji tego biwaku.

Już na samym początku zmuszeni byliśmy do ominięcia mokradeł. Nie chcieliśmy już na samym początku dnia przemoczyć butów, jeszcze będzie na to czas. Na szczęście dalej było już tylko lepiej. Las był jasny i przestronny, typowy „bór” bukowy. Na ziemi dywan z liści, nad głową baldachim z gałęzi skutecznie zatrzymujący wyjątkowy jak na ten miesiąc skwar (było ponad 20 stopni w cieniu). Mijaliśmy szkółki leśne, zwalone pnie i masę grzybów, których niestety nie mieliśmy czasu zbierać. Po około kilometrze sceneria zmieniła się diametralnie. Wysokie buki zastąpiły smukłe świerki, a liście na ziemi dywan z mchu. Przez gęste, iglaste gałęzie przebijały się pojedyncze promienie słońca rysując na wszystkim pstrokate wzory. Ominęliśmy grzybiarzy w jakimś „pseudoterenowym” samochodzie i ruszyliśmy dalej na wschód. Po około 1,5 kilometrowej przechadzce przez las dotarliśmy do Uklei, największego dopływu Regi i zdecydowaliśmy się zrobić pierwszy i jedyny tego dnia większy postój.

Gdy nad ogniskiem gotowała się powoli woda z rzeki, my skorzystaliśmy z okazji do kąpieli. Było też mnóstwo czasu na rozejrzenie się po okolicy z czego oczywiście skorzystałem wybierając się na drobną wycieczkę z aparatem. Do naszego obozu trafili też zagubieni grzybiarze, których mijaliśmy wcześniej. Okazało się, że nie wiedzą gdzie jest ich samochód. Wskazaliśmy im drogę i przystąpiliśmy do posiłku. Ciepła zupka chińska, może nie ma zbyt dużo kalorii, ale świetnie potrafi oszukiwać żołądek. Ciepły posiłek zawsze w cenie. Wodę z rzeki wykorzystaliśmy też do zrobienia herbaty oraz przegotowaliśmy też trochę do manierek (trochę czuć było muł, ale „co nas nie zabije to nas wzmocni”. Nie mogliśmy też przepuścić okazji na przejście przez bród, mimo że obok mieliśmy kładkę, po której też przechodziliśmy (z ciężkimi plecakami wcale nie jest to takie łatwe). Po długich 4 godzinach (jakoś nie mogliśmy się wyrwać z tak ciekawego miejsca) ruszyliśmy w dalszą drogę.

Długi i przyjemny postój musieliśmy okupić znacznym przyspieszeniem tempa. Na początku było ciężko, cały teren wokół rzeki porastał podmokły, bagnisty ols. Dotarliśmy w końcu do jakiejś polnej drogi. Na północy między drzewami widać było łąki. Postanowiliśmy minąć je od strony wschodniej (droga na której byliśmy okrążała je, więc mieliśmy wybór). Przyspieszenie tempa wreszcie zaczęło nam wychodzić i mimo trudności na początku, w nieco ponad godzinę od wyruszenia z nad Uklei zrobiliśmy 3,5 km. Znaleźliśmy się na szosie z Łosośnicy do Reska. Przed nami Małogoszcz. Nie chciało się nam omijać wioski, więc przeszliśmy po prostu przez nią ulicą, o dziwo nie wzbudzając nawet żadnego poruszenia. Miałem wrażenie, że nikt, poza jakimś chłopcem na rowerze, nas nawet nie zauważył.

Po przejściu przez wioskę i ponownym wejściu do lasu, ruszyliśmy drogą na północ/północny-zachód. Szybko jednak zmuszeni byliśmy do zmiany kierunku, żeby ominąć rozlewisko. Ostatecznie wylądowaliśmy na polnej drodze, która wyglądała na uczęszczaną i ruszyliśmy nią na północny-wschód/wschód. Gdy, gdzieś po 1,5 km, droga zaczęła zbaczać najpierw na wschód a potem stopniowo coraz bardziej na południe skręciliśmy w pierwszą przecinającą ją ścieżkę, która doprowadziła nas do brukowanej drogi wiodącej do Żerzyna.

Żerzyno składa się z dwóch domów wielorodzinnych, opuszczonego gospodarstwa i elektrowni wodnej. Ciche i spokojne miejsce, w sam raz do mieszkania. Wypytaliśmy kilku napotkanych mieszkańców jak wygląda w tym miejscu Rega, czy są jakieś brody lob rozlewiska. Mieliśmy w planach przekroczenie rzeki i wyruszenie dalej w kierunku Płot. Niestety dowiedzieliśmy się, że nigdzie nie da się przejść, a jedyny most w okolicy jest zawalony. Postanowiliśmy odłożyć rozwiązanie tego problemu na dzień jutrzejszy. Już zaczęło się ściemniać, więc rozpoczęliśmy poszukiwania miejsca na obóz.. Wyszliśmy z wioski i ruszyliśmy w stronę rzeki. Bardzo szybko trafiliśmy na groble na piaskowej, która tworzyła obok Żerzyna małe rozlewisko. Ruszyliśmy wzdłuż strumienia w kierunku Regi. W końcu udało nam się znaleźć odpowiednie miejsce nad samym brzegiem. Od strony wody osłonięte było wielkim pniakiem i leszczyną, a od drugiej przez wysokie trawy. Jedynym minusem były liczne ślady zwierząt, które najwidoczniej przychodziły tu do wodopoju. Szybko przystąpiliśmy do rozpalania ogniska i szykowania miejsca do spania, ale i tak noc zastała nas niegotowych. Górek odczuł też brak papieru toaletowego, który oczywiście okazał się być potrzebny jak go zabrakło. Musiał skorzystać z liści leszczyny.

Druga noc nie była już taka spokojna. Po przygotowaniu posiłków i herbaty, odpoczywaliśmy przy ognisku. Lekko zaczęło już przygasać i miałem właśnie dorzucić więcej drewna. Gdy wstałem zobaczyłem, że po oddalonej od nas o około 100, może 150 metrów jedzie jakiś samochód. Kierowca jechał bardzo powoli, a pasażer świecił latarką patrolową po lesie. Szybko przykucnęliśmy między nimi a ogniskiem, żeby zasłonić resztki żaru. Kucaliśmy tak w milczeniu przez dłuższy czas zastanawiając się o co chodzi. Jedyne racjonalne wyjaśnienia, jakie przychodziły nam do głowy, to że mieszkańcy poczuli się zaniepokojeni takimi „niecodziennymi” gośćmi i zadzwonili na policję, żeby nas sprawdzili. Dodatkowo skłonić mógł ich do tego fakt, że tuż po zmroku musiałem iść do lasu szukać kory brzozowej na rozpałkę (choć niepotrzebnie, ponieważ Górek rozpalił ogień pod moją nieobecność przy użyciu bandaża) i zbliżyłem się bardzo do wioski. Psy szczekały, a ludzie przez okna pewnie widzieli światło latarki w krzakach, a ja po prostu oskrobywałem jedyną w promieniu 100 metrów brzozę z kory.

W końcu samochód odjechał i mogliśmy ponownie rozpalić ognisko. Reszta wieczoru upłynęła nam na odpoczywaniu, rozmyślaniu nad planem przyszłego dnia i nad sposobem przejścia Regi.



 

 

Dzień 3


Tradycyjnie wstałem przed wschodem słońca. Górek jeszcze spał, więc postanowiłem pójść spróbować szczęścia ze spinning’iem. Poranek był równie chłodny co poprzedni, choć wiało trochę mniej. Rega okazała się być łaskawa tylko z początku, gdy przy pierwszym rzucie złowiłem około 25-cio centymetrowego okonia. Miałem nadzieję na choćby drugiego takiego, żeby mieć mały dodatek do śniadania dla nas dwóch, ale nic więcej nie chciało wziąć. Wróciłem do obozu.

W trakcie jedzenia śniadania zaczęliśmy debatę na temat przeprawy przez Regę. Jeszcze przed wyruszeniem na biwak mieliśmy w planach budowę tratwy, ale biorąc pod uwagę bliskość wioski, nocną wizytę nieznajomych i kręcących się gdzieniegdzie wędkarzy ścinanie jakichkolwiek drzew odpadało. Rozglądając się po lesie poprzedniego dnia mogliśmy ocenić ile drewna leży na ziemi luzem i nie było tego za wiele, a już na pewno nie odpowiedniego do budowy tratwy. Postanowiliśmy sprawdzić jeszcze ten zwalony most po kolei wąskotorowej, choć mieszkańcy twierdzili, że nie da rady w żaden sposób po nim przejść. W zasadzie to nie robiliśmy sobie wielkich nadziei i odpuściliśmy sobie drogę na Płoty, oddając się w zamian błogiemu leniuchowaniu przy ognisku.

W końcu około 13.00 wyruszyliśmy. Pogoda nieco się pogorszyła. Niebo było już niemal całe zachmurzone. Było też znacznie zimniej niż dnia poprzedniego i temperatura z pewnością nie przekraczała 18 stopni. Droga do mostu była błotnista i rozjeżdżona. Ponad kilometr marszu ciągnął się niemiłosiernie. We znaki dawało się już też zmęczenie dwoma ostatnimi dniami. Gdy dotarliśmy na miejsce okazało się że stoi tylko jedna trzecia konstrukcji i to po drugiej stronie. Most wspierał się niegdyś na dwóch filarach. Po pierwszym filarze została tylko wysepka, a drugi cały czas podtrzymywał resztki mostu. Po drobnych oględzinach spostrzegliśmy że przed obiema wysepkami widać dno. Ocena głębokości z brzegu kijem, pokazała, że na pierwszą wysepkę dalibyśmy radę bez problemu przejść. Przed drugą widać było leżący na dnie głaz. Niepokojący był jedynie obszar tuż za pierwszą wysepką, który był zasłonięty. Było to też jedyne miejsce, za którym powierzchnia wody nie posiadała żadnych zawirowań. Wyglądało na to, że jest tam znacznie głębiej. Nieopodal stało dwóch wędkarzy. Gdy zapytaliśmy ich o most dowiedzieliśmy się, że w tym niewidocznym dla nas miejscu przechodzi akurat kanał. Około 3 metry głębokości plus gruz i zbrojenie pozostałe po zawaleniu mostu na dnie. Z łatwością można się o coś zaczepić i już nie wypłynąć. Myśleliśmy jeszcze o przerzuceniu zwalonej sosny na pierwszą, a następnie da drugą wyspę, ale chęci było już znacznie mniej niż rano i ostatecznie Rega pozostała niepokonana.

Rozpoczął się nasz powrót do domu. Marsz najpierw z powrotem do Żerzyna a następnie po bruku do głównej drogi. Po niemal 4 km wreszcie staliśmy na asfalcie. Z drugiej strony drogi zobaczyliśmy parking z ławkami, na których spokojnie poczekaliśmy na przyjazd naszego transportu do domu.



 

Koniec

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *