Szklarska Poręba – wrzesień 2013


Parę lat wstecz trafił mi się darmowy wyjazd do Szklarskiej Poręby. Ciotka wygrała wycieczkę, nikt nie chciał jechać, więc trzeba było skorzystać, żeby się nie zmarnowało. Wpakowałem swoją drugą połowę do samochodu i ruszyliśmy w drogę. Blisko nie było, bo przystanek mieliśmy dodatkowy i to nie po drodze. Trzeba było zahaczyć o Górny Śląsk żeby obiektyw odebrać – Nikkor AF-S 28-70 F/2.8 D IF-ED. Gorąco polecam, stare i solidne szkło, które wiele nie ustępuje następcy jakością obrazu, bijąc go przy tym trwałością i wykonaniem. Wracając do tematu do hotelu dotarliśmy już po ciemku, więc pozostało nam tylko położyć się spać.


 
Dzień 1


Pierwszego dnia ruszyliśmy rozejrzeć się po najbliższej okolicy. Może wydawać się to oczywiste, ale nie w przypadku naszej wycieczki. Postanowiliśmy nie siedzieć w miejscu, tylko zwiedzić bliższą i dalszą okolicę zamiast oglądać wszystko co się da w Szklarskiej. Nigdy nie wiadomo kiedy drugi raz się w tą część Polski wybierzemy, więc trzeba korzystać. Mimo to pierwszy dzień został zarezerwowany na lokalne atrakcje. Połaziliśmy trochę po mieście, po sklepach. Wszędzie stromo, ciągle pod górę, normalnie jak w górach jakichś 🙂 . Widząc staruszkę o lasce zastanawiałem się jak ona porusza się tu zimą.  Miasteczko ładne, malownicze, ale strasznie tłoczne, jak to turystyczna miejscowość. Męczące to było, więc szybko zeszliśmy z głównej drogi w bok i jakąś zapomnianą ścieżką trafiliśmy nad rzekę. Tutaj dopiero było co oglądać 🙂 . Wszędzie małe kaskady, wodospady, wszystkie kamienie wokoło porośnięte mchem. Cudowne miejsce, no i puste. Ja rzuciłem się ze statywem robić zdjęcia, a Edyta szukała kamieni i kawałków szkła. W 1808 r. spłonęła tu huta szkła i od tamtej pory w rzece można znaleźć kawałki stopionego szkła. Spędziliśmy tam ze dwie godziny 🙂 . Na koniec dnia wybraliśmy się jeszcze nad wodospad Kamieńczyka. Jest to najwyższy wodospad w polskich Karkonoszach. Próg wodospadu znajduje się na wysokości 843 m n.p.m. Wodospad spada trójstopniową kaskadą o wysokości 27 m do  Wąwozu Kamieńczyka. Turyści mogą zejść do niego po uprzednim wypożyczeniu kasków. I to właśnie okazało się największym problemem. Nie chodzi o zapłatę za kaski 🙂 ,  ale o schody. Edyta ma lęk wysokości, a schody były zrobione z jakichś krat i widać było wszystko pod spodem. Wyobrażam sobie jak musiała się czuć, momentami pod nogami była kilkumetrowa dziura. Sam czułem się nieswojo 🙂 . Mimo problemów warto było się poświęcić. Wracając z wąwozu zahaczyliśmy jeszcze o Krucze Skały. 30 metrowa przepaść robi wrażenie. Funkcjonuje tam ośrodek sportów ekstremalnych, ale był już zamknięty. Dzień chylił się ku końcowi, więc wróciliśmy do hotelu.


 

 

Dzień 2


Drugiego dnia wyruszyliśmy do drugiego wodospadu, czyli do Szklarki. Tutaj droga już nieco dłuższa, ale widoki lepsze, a to dlatego, że idzie się długo wzdłuż rzeki. Szklarka jest znacznie mniejsza od Kamieńczyka, jedynie 13,3 m, ale nie ma schodów 🙂 . Gdy robiliśmy zdjęcia z tłumu wyszło starsze małżeństwo i… zaczęło się rozbierać 🙂 . Okazało się, że to para morsów. „Zaliczali” wszystkie wodospady w Karkonoszach. Nie zastanawiając się długo zacząłem ich fotografować. Przestałem dopiero gdy wyszli z wody. Cudownie jest patrzeć jak dwoje kochających się ludzi dzieli wspólną pasję. U mnie takie coś by nie przeszło, Edyta nie umie pływać 🙂 . Dałem im swojego maila, żeby móc później wysłać zdjęcia i ruszyliśmy dalej. Następny przystanek – zamek Chojnik. Znajduje się on na górze o tej samej nazwie, nieopodal Jeleniej Góry-Sobieszowa. Wejście strome i długie, aż ciężko sobie wyobrazić, że kiedyś wjeżdżały tu wozy konne. XIII-to wieczny zamek znajduje się na wysokości 627 m n.p.m. Wspinaczka nagrodzona została malowniczym widokiem na całą  Kotlinę Jeleniogórską. Z wieży zamkowej mogliśmy podziwiać przepiękną panoramę na Karkonosze, Izery i Rudawy Janowickie. Zamek jest usytuowany na potężnych skałach. Wiąże się z nimi legenda o księżniczce Kunegundzie, o której rękę starało się wielu rycerzy. Postawiła ona jeden warunek. Przyszły mąż musiał w pełnym rynsztunku objechać na koniu cały zamek. Wielu rezygnowało, wielu ginęło, aż w końcu pojawił się jeden, który wyjątkowo spodobał się księżniczce. Gdy mu się udało odrzucił jednak rękę Kunegundy. Miała to być kara za to że przez jej okrutny pomysł zginęło tylu niewinnych ludzi. Księżniczka z rozpaczy sama rzuciła się ze skały. Jeden z rycerzy – ofiar okrutnej księżniczki nawiedza ponoć zamek pod postacią jeźdźca na koniu. Dodam jeszcze, że zamek mimo licznych prób nigdy nie został zdobyty. W 1675 roku uległ siłą natury i spłonął po uderzeniu pioruna. Zwiedzanie zamku trwało na tyle długo, że wróciliśmy już prosto do hotelu.



 

Dzień 3


Kolejny dzień poświęciliśmy na wyprawę do Kotliny Kłodzkiej. Żeby było ciekawiej to zamiast jechać główną drogą wybraliśmy się na skróty. Sporo dłużej zeszło, ale widoki były piękne. Wypadało by też wspomnieć o drogach. Wiele razy narzekałem na drogi w mojej okolicy, ale po tamtej przejażdżce przestałem 🙂 . Momentami bałem się o samochód. Na szczęście jakoś dotarliśmy na miejsce z całym zawieszeniem 🙂 . Pierwszym przystankiem było Kletno, a dokładniej jaskinia Niedźwiedzia. Jest ona najdłuższą z jaskiń sudeckich i jedną z najdłuższych i najgłębszych w Polsce. Znana długość sal i korytarzy wynosi ponad 5 km, natomiast głębokość to ponad 100 m. W internecie sprawdzałem tylko lokalizację, nie zaglądałem na ceny biletów, godziny otwarcia itp. Okazało się to ogromnym błędem. W kasie zostaliśmy zapytani o rezerwacje. No i zaczęło się czekanie, aż w jakiejś grupie braknie dwóch osób. Nie pamiętam już ile czekaliśmy, pamiętam tylko że długo. Przez moment myślałem już, że wrócimy do hotelu tylko z pamiątkowym zdjęciem wejścia do jaskini. Los się jednak do nas uśmiechnął i razem z 13 innymi turystami ruszyliśmy za instruktorem w ciemność 🙂 . Na początku wydawało się strasznie ciasno. Wąskie i ciasne korytarze, wszędzie kapała woda. Przez chwilę tylko nad głową sufit był wysoko, przeradzając się w komin oświetlony sztucznym światłem. Właśnie, trzeba o nim koniecznie wspomnieć. Genialnie rozmieszczone, nie oświetlało ani za dużo ani za mało, potęgując mroczny i tajemniczy nastrój. Gdy przewodnik opowiadał o kolejnych formach skalnych podświetlane były określone miejsca. Każda następna komnata wydawała się piękniejsza od poprzedniej.  Ekspozycje ze szczątkami zwierząt zamieszkujących kiedyś jaskinię były ciekawe, choć bledły przy tych wszystkich stalaktytach, stalagmitach, stalagnatach, zasłonach kalcytowych i wielu, wielu innych formach naciekowych, których nazw nie pamiętam. Wycieczka trwała około 45 minut. Na wstęp czekaliśmy znacznie dłużej, ale warto było choć raz w życiu zobaczyć coś takiego. Z Kletna ruszyliśmy do Parku Narodowego Gór Stołowych. Chcieliśmy odwiedzić tam labirynt o nazwie Błędne Skały, ale… spóźniliśmy się. I znowu plułem sobie w brodę. Gdybym tylko dzień wcześniej zerknął na stronę internetową i zarezerwował wstęp… W kiepskich humorach pojechaliśmy z powrotem do Szklarskiej Poręby. Tym razem wybrałem się przez Czechy. Miało być szybciej, ale po ciemku nie dało się szybko jechać. Kompletny brak znaków ostrzegawczych, nawet przed zakrętami o 180 stopni i ciągnące się w nieskończoność roboty drogowe sprawiły, że jechaliśmy jeszcze dłużej niż rano. Dopiero jak przykleiłem się do jakiegoś tubylca mogłem nieco przyspieszyć. Dobrze mieć pilota znającego okolicę 🙂 . Do hotelu wróciliśmy bardzo późno. To był najbardziej męczący dzień z całej wycieczki.



 

Dzień 4


Tego dnia mieliśmy się wybrać do zamku Czocha. Rano zerknąłem jeszcze na zdjęcia z Błędnych Skał, do których wczoraj się spóźniliśmy. Nie wytrzymałem i przekonałem Edytę do drugiej próby 🙂 . Mimo wczorajszej czeskiej, pokręconej i powolnej drogi powrotnej, ponownie wybraliśmy się tamtędy. Nie, nie chciałem pobić poprzedniego czasu 🙂 , po drodze była atrakcja, Teplickie Skały. Stanowią najrozleglejszą część Narodowego Rezerwatu Przyrody – Skał Adrszpasko-Teplickich. To też labirynt, tylko w nieco większej skali niż Błędne. Fajnie było, ale miałem wrażenie, że w kółko oglądam to samo. Jedynie kilka miejsc przykuło moją uwagę. Przepiękna Skalna Brama, dwa wodospady, kapliczka i jezioro o turkusowej barwie. Na brzegu Edyta karmiła kaczki, które ganiały za turystami. Wcale się nie bały, normalnie jadły z ręki. Później, gdy rozejrzeliśmy się nad brzegiem już po karmieniu, okazało się, że wisi tam tablica z napisem „nie karmić kaczek” w kilku językach 🙂 . Poza tym szału nie było. Wieczorem, po sprawdzeniu w internecie, okazało się, że po prostu w wiele miejsc ominęliśmy. Tym razem winę zgoniłem na złe oznakowanie trasy, przecież nie może być zawsze na mnie 🙂 . Następna atrakcja to Błędne Skały, próba numer dwa 🙂 . Tym razem zdążyliśmy na miejsce, choć gdyby nie dodatkowa opłata za wjazd na górę samochodem, trzeba by było robić trzecie podejście 🙂 . Błędne Skały mają powierzchnię ok. 22 ha i położone są na obszarze Parku Narodowego Gór Stołowych. Obejmują zespół osobliwych form skalnych o wysokości 6 – 11 m, wytworzonych wskutek wietrzenia piaskowca. Labirynt szczelin i zaułków, niekiedy niezwykle wąskich, oddziela bloki skalne. Przejście trasy przeznaczonej dla turystów zajmuję około 35 minut, a ze mną i z aparatem około godziny 🙂 . Przejścia potrafią być bardzo wąskie, więc lepiej nie jedzcie obfitego śniadania. Trafiliśmy na gęstą mgłę, więc atmosfera była niesamowita. Dopełnieniem były pustki na parkingu, a zatem i w samym labiryncie. Bezapelacyjnie było to najlepsze miejsce jakie odwiedziliśmy w trakcie całej wycieczki i gorąco polecamy je każdemu, kto będzie w okolicy. Sami na pewno jeszcze kiedyś do niego wrócimy. Z Błędnych Skał ruszyliśmy już w drogę powrotną do hotelu.



 

Dzień 5


Piątego dnia wybraliśmy się do zamku Czocha. Edyta bardzo chciała tam pojechać, kręcili tam serial, który w dzieciństwie oglądała, Dwa Światy. Też go oglądałem, jak byłem mały. Zamek znajduje się w miejscowości Sucha (Czocha) nad Zalewem Leśniańskim. Na miejscu kupiliśmy bilety i czekaliśmy na swoją kolej wyruszenia z grupą i przewodnikiem. Żeby czas szybciej zleciał, wybraliśmy się zwiedzić salę tortur, ale nie było jakoś strasznie ciekawie, choć urządzenia fajne. Największe wrażenie zrobiły na mnie same lochy, szkoda, że było ich tak mało. W końcu przyszła nasza kolej na zwiedzanie zamku. Grupa była dość duża, więc wszędzie było tłoczno, ale w każdej komnacie zostawaliśmy na tyle długo, że można było wszystko spokojnie obejrzeć. Ze zdjęciami było już trudniej, zawsze ktoś wchodził w kadr. Sale były na prawdę piękne. Aż ciężko uwierzyć, że ludzie żyli w takim przepychu. Edycie bardzo podobała się sypialnia, a szczególnie ogromne łoże z baldachimem. Ponoć miało ukrytą dźwignię, która zwalniała zapadnie. Jednym ruchem można było po wszystkim wysłać nałożnicę do fosy 🙂 . Trafił się nam w grupie turysta „macacz”, który dotykał wszystkiego, czego tylko się dało. W bibliotece otwierał książki, w zbrojowni sprawdzał jakość stali pancerzy, a w sypialni szukał właśnie tej dźwigni 🙂 . Pani przewodnik kompletnie nie wiedziała co ma z nim zrobić. Dopiero jak zaczął kłaść się na łóżku sprawdzając jakość materaca udało jej się go nieco uspokoić. Dobrze, że nie trafił do garderoby, bo jeszcze potłukł by ogromne lustra, w których można było się oglądać ze wszystkich stron. Finałem wycieczki była wieża. Miałem na tyle dużo szczęścia, że trafiłem na próbę zjazdu tyrolką i na tyle mało, że samego zjazdu nie zobaczyłem. Gdy robiłem zdjęcia, próbowałem oczywiście znaleźć się jak najbliżej, żeby wyszły jak najlepsze zdjęcia. W momencie skoku lina pod ciężarem człowieka naprężyła się i uderzyła w aparat popychając go razem z moją głową w dół. Gdy się podniosłem, było już za późno, a model był na samym dole 🙂 . To zakończyło naszą wycieczkę po zamku Czocha, jak również i kolejny dzień w górach. Wyjątkowo wcześnie wróciliśmy do hotelu.


 

Dzień 6


Ostatni dzień w górach. Pofolgowaliśmy sobie i zostaliśmy w Szklarskiej Porębie. Poszliśmy na grzańca, zjedliśmy po oscypku. Były tak słone, że aż gębę wykręcało 🙂 . Jedyne miejsce gdzie się wybraliśmy to Chybotek. Szło się w miarę krótko, leży blisko Szklarki, tylko po drugiej stronie drogi. Głaz ogromny, ciężko było mi uwierzyć, że będzie się kołysał. Wystarczy jednak jedna osoba chodząca od brzegu do brzegu, a kamień przeskakuje jakby z nogi na nogę 🙂 . To było ostatnie miejsce, które odwiedziliśmy.



 

To by było na tyle. Zobaczyliśmy bardzo dużo, opuściliśmy i ominęliśmy znacznie więcej. Dla kogoś z Pomorza na każdym kroku było coś ciekawego. Niestety przez brak czasu człowiek musiał wybierać jedno miejsce ze stu. Tydzień to zdecydowanie za mało na taką wycieczkę. Myślę, że i dwóch miesięcy by mi brakło 🙂 .

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *