Ratowanie Sarny – styczeń 2011

Był chłodny, styczniowy wieczór. Szwagier nie miał czym wrócić do domu na wioskę, więc trzeba było go odwieźć i oczywiście to miałem być ja. Gdy już niemal dojeżdżaliśmy na miejsce, Damian powiedział żebym uważał, bo tutaj często zwierzyna przechodzi przez drogę. Zwolniłem w samą porę. Na poboczu, przy samej jezdni minąłem sarnę. „Fajnie, że się najpierw rozejrzała” – pomyślałem. Gdy jednak wracałem w tym samym miejscu, po tej samej stronie stała chyba ta sama sarna. Zatrzymałem auto i wycofałem a sarna stała nadal. Popatrzyłem przez otwartą szybę, nie reagowała. Wyszedłem z samochodu. Sarna stała nieruchomo jakby była zahipnotyzowana. Na śniegu, którego z powodu odwilży nie było za dużo, dostrzegłem niewielkie ślady krwi. Zrobiłem zdjęcie telefonem na pamiątkę spotkania i odjechałem święcie przekonany, ze skoro sarna stoi to jest po prostu w szoku i lepiej się nie mieszać. Gdy wróciłem do domu zacząłem żałować, że nie miałem przy sobie aparatu. W głowie pojawiła mi się już nawet wizja kadru 🙂 . Chwilę biłem się z myślami i postanowiłem wrócić tam jeszcze raz. Dla towarzystwa zabrałem kolegę, którego nie uprzedziłem co zastanie na miejscu.

Gdy wróciliśmy do sarny już leżała. Ciężko było powiedzieć czy osłabła, czy może to dalej szok powypadkowy. Rozłożyłem sprzęt i przystąpiłem do realizacji tego co widziałem w głowie. Był bardzo mały ruch, w zasadzie zerowy, a potrzebowałem przejeżdżającego auta. Parametry ekspozycji ustawiłem na oko, więc gdy nadjechał pierwszy samochód i wykonałem pierwsze zdjęcie było prześwietlone. Wprowadziłem poprawkę, znowu na oko i przy kolejnym aucie wykonałem następne zdjęcie. To było to co widziałem w myślach. Mimo to próbowałem ponownie przy następnym aucie, ale sarna wstała i zaczęła się kręcić. O zdjęciach nie było już mowy. Teraz pozostał tylko problem sarny. Rafałowi było szkoda zostawiać ją na pastwę losu. Nic nie dawało tłumaczenie o nie mieszaniu się i o szoku. Wymyślił, że zabierzemy sarnę do suszarni w jego bloku na noc, a rano coś wymyślimy. Zgodziłem się i rozpoczęliśmy akcję ratunkową.

Jakoś udało nam się przetransportować zwierzę do piwnicy. Zostawiliśmy ją przykrytą prześcieradłem, na którym ją wnieśliśmy. Tak o to w ciepłym pomieszczeniu sarna przeczekała noc. Oczywiście zaglądaliśmy do niej co jakiś czas. Następnego dnia zaczęliśmy zastanawiać się, co dalej zrobić. Weterynarz wyjaśnił nam, że sarna jest własnością skarbu państwa a nie jego i za darmo leczyć jej nie będzie. W nadleśnictwie też rozkładali ręce. Ogólnie brak jest w naszym kraju mechanizmów na takie sytuacje, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze. W końcu jakiś pracownik nadleśnictwa, zupełnie prywatnie, dał nam adres leśniczówki, w której powinni nam pomóc. Na miejscu przywitał nas leśniczy. Od razu zabrał sarnę do zamkniętej zagrody. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że sarny niemal nie piją wody, a potrzebne płyny czerpią z pokarmu. Jeśli sarna w najbliższym czasie nie zacznie jeść to zdechnie z głodu. A sarna zachowywała się tak jak w dniu wczorajszym. Stała nie reagując niemal na nic. Jedyną różnicą było to, że nie kładła się. Noc w ciepłej suszarni jej pomogła. Leśniczy jeszcze powiedział, że gdybyśmy jej nie zabrali nie dożyła by rana. Dobiły by ją lisy, albo psy z pobliskiej wsi. Zostawiliśmy więc zwierzę w dobrych rękach i wróciliśmy do domów.

Tydzień później wpadłem do leśniczówki z wizytą. Sarna biegała już po zagrodzie 🙂 . Leśniczy powiedział, że w nocy zostawi otwartą furtkę, żeby sama uciekła. Najlepsze jest to, że leśniczówka znajduje się bardzo blisko miejsca, w którym ją znaleźliśmy, także wróciła do siebie 🙂 .



 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *