Łosośnica – październik 2016

Co roku jesień mi ucieka. Jak jest nie mam czasu, jak mam czas to jej już nie ma. Lata mijają, a pięknych kadrów z lasem skąpanym w żółtych i czerwonych barwach brak. W tym roku chociaż częściowo postanowiłem to zmienić. Pogody zbyt ładnej nie mieliśmy, więc i w weekend nie liczyłem na cuda. Mimo to o 7 rano siedzieliśmy z Wojtkiem w samochodzie. Wschód słońca był nieciekawy, więc nie żałowaliśmy dodatkowej godziny snu. Na miejscu powitały nas jesienne barwy. Światło było nieciekawe, ale kolory zachęcały do fotografowania. Po półgodzinnej fascynacji mchem porastającym przyrzeczne buki znalazłem trzy małe grzybki na powalonym pniu i kolejne pół godziny z głowy. Dawno już tak długo nie siedziałem nad jednym kadrem 🙂 . I wtedy stało się, poprzez żółte korony drzew przebił się pierwszy promyk słońca. Gdy cały las rozświetlił się jasnymi smugami światła nie wiedzieliśmy w co wycelować aparaty. Wszystko przykuwało naszą uwagę, każdy pieniek wyglądał niezwykle. Dla takich chwil, nawet najkrótszych, warto zarywać noce i przemierzać kilometry z ciężkim sprzętem na plecach.

Gdy słońce zaczęło słabnąć wybraliśmy się dalej. Czas zaczynał uciekać, a my mieliśmy w planach odwiedzenie znajomych urwisk nad Ukleją. Gdy znaleźliśmy się na miejscu nawet nie zdążyliśmy dobrze się rozejrzeć a tu niespodzianka – zimorodek. W dzieciństwie zawsze fascynowały mnie te ptaki. Egzotyczny wygląd i łączenie dwóch odmiennych środowisk, powietrza i wody, sprawiało, że zawsze gdy na nie trafiałem odprowadzałem je wzrokiem przelatujące tuż nad powierzchnią wody. Dzisiaj nam się poszczęściło. Ledwo usłyszeliśmy charakterystyczny pisk lecącego zimorodka a już siadał przed Wojtkiem na gałęzi. Niestety zdecydowanie za blisko i zanim Wojtek zdążył unieść aparat zimorodek zorientował się, że to nie jest dziwny pieniek, tylko jakaś dziwna żywa istota i spłoszony odleciał. Postanowiłem spróbować zwabić go dźwiękiem. Mam na telefonie sporo odgłosów ptaków i na szczęście był tam i on. Przycupnęliśmy blisko wody i czekaliśmy. Starałem się wybrać takie miejsce gdzie usiadłbym będąc zimorodkiem 🙂 . Nie minęły dwie minuty i znowu usłyszeliśmy pisk. Przyleciał znowu, dał się nabrać, ale niestety źle się wczułem w bycie zimorodkiem i nie usiadł tam gdzie przypuszczałem. Usiadł za to półtora metra ode mnie, tuż przy ziemi, na małej gałązce i się na mnie gapił. Bałem się drgnąć, a aparat celował w zupełnie inną stronę. Postanowiłem powoli skierować aparat w jego stronę i zrobić zdjęcie na ślepo, ale nie dał mi na to szansy. Poderwał się z piskiem i odleciał kawałek dalej. Teraz już z aparatem przy oku zdążyłem zrobić zdjęcie. Daleko, za daleko, ale lepsza taka pamiątka niż żadna.

Czekaliśmy nad wodą jeszcze z 15 minut licząc na rewanż, ale zimorodek już nie przyleciał. Ruszyliśmy w drogę powrotną. Słońce było już znacznie wyżej i z magicznego światła nie zostało nic. Do samochodu było całkiem daleko, więc fotografowanie zeszło na drugi plan. Zamiast tego chłonęliśmy jesienne barwy, tak ciężko się nimi nasycić gdy człowiek wie, że zaraz znikną.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *